| |||||||
|
|
Jerzy Urbankiewicz
Jerzy Urbankiewicz (ur. 1915 i zm. 2004 w Łodzi), z wykształcenia prawnik, w czasie II wojny światowej jako oficer Armii Krajowej trafił do rosyjskiej niewoli i spędził wiele lat na Syberii. Stamtąd napisał „Listy z Workuty”, które w 1956 roku opublikowała „Nowa Kultura”. Po powrocie do ojczyzny zajął się m.in. dziennikarstwem i pracą literacką. W roku 1975 został przyjęty do Związku Literatów Polskich. Po ogłoszeniu stanu wojennego w 1981 roku przewodził konspiracyjnej działalności łódzkich literatów. W 1989 roku został członkiem założycielem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i pierwszym prezesem jego łódzkiego oddziału. W tym samym czasie na życzenie grona akowców wileńskich powołał stowarzyszenie p.n. Okręg Wileński Armii Krajowej WIANO. W roku 1992 założył w Łodzi w gmachu Katolickiego Liceum Ogólnokształcącego – Muzeum Okręgu Wileńskiego AK. Był kawalerem Krzyża Srebrnego Virtuti Militari, Krzyża Walecznych, Krzyża Oficerskiego Orderu Odrodzenia Polski. Federacja Zjednoczonych Kombatantów w Paryżu uhonorowała go Medalem Europy. W roku 1995 otrzymał Nagrodę m. Łodzi. Dwa lata wcześniej jako rotmistrz Pułku 4 Ułanów Zaniemeńskich został awansowany do stopnia majora rezerwy, a następnie podpułkownika. Opublikował następujące książki: Sukiennice nad Łódką (Łódź 1968), Za płotem Paradyzu (Łódź 1969), Prawie Pitaval (Łódź 1973), Złotook (Warszawa 1978), Sezon w Łodzi nie zaszkodzi (Łódź 1978), Śledztwo w sprawie Geo-2a (Warszawa 1980), Dwa stopnie Celsjusza (Łódź 1982), Czerwone goździki stępiają wrażliwość (Lublin 1984), Passe-partout w ciepłym kolorze (Łódź 1984), Szmerek na widowni (Łódź 1984), Gdzie są konie z tamtych lat (Łódź 1986), Szabla zardzewiała... (Warszawa 1991), Trzeci dzień purgi (Białystok 1994), Parchy Szwaby Goje (Łódź 1995), Workuta (Łódź 1995) oraz dwutomową Legendę Jazdy Polskiej (Łódź 1996-1997). Więcej informacji na stronie:
www.jerzyurbankiewicz.mee.pl Wspomnienie o Jerzym Urbankiewiczu Tomasz Cieślak Starszy pan z pieskiemW już chyba zapomnianej, a niesłusznie, książce Marty Fik Kultura polska po Jałcie. Kronika lat 1944-1981, opublikowanej przez Polonia Book Fund w Londynie w 1989 roku (potem rychło przyszło wydanie krajowe), będącej przeglądem najważniejszych wydarzeń z komunistycznej Polski i życia emigracyjnego, czytam pod datą 1 kwietnia 1956: „Artykuł Jerzego Piórkowskiego My z AK w »Nowej Kulturze«” i cytat z tego pierwszego po latach, w miarę odważnego, choć pełnego stosownych socjalistycznych zaklęć, tekstu o czynie zbrojnym Armii Krajowej, wraz z apelem o wybudowanie pomnika powstańców Warszawy. Krótki ten szkic ukazał się w czasie, gdy dokonywało się przesilenie końca stalinizmu; tydzień później podano informację o uwolnieniu Gomułki. Zapewne czytelnicy potraktowali artykuł Piórkowskiego jako jeden z symptomów politycznego przełomu. Dopowiedzmy od razu, że pomnik powstańców wówczas nie powstał. W 1964 roku odsłonięto tzw. warszawską Nike - monument bohaterów Warszawy (upamiętnienie wprost AK-owskich powstańców nie wchodziło wtedy w grę, dopiero wolna Polska nadrobiła tę fatalną zaległość). Tekst Piórkowskiego stał się bardzo ważnym epizodem w niezwykłej biografii jednego z osiedleńców, a wcześniej więźnia Workuty. „Nowa Kultura” docierała do Polaków za sowieckim kołem podbiegunowym. Zaczytywali się nią i „Przekrojem”, traktując jako ułomne, ale ważne źródła wiedzy o Polsce, nie mając przy tym praktycznie nadziei na powrót. Zesłaniec napisał list do redaktora Piórkowskiego, zachęcony jego uwagami o AK, do której sam należał, w formie gotowego do druku artykułu A my - to skąd? I, jak pisze Piórkowski w tekście Cztery listy z Workuty, zamieszczonym w listopadowym (48) numerze „Nowej Kultury” z tego samego roku, „w ówczesnych warunkach [kwiecień 1956] tego uczciwego i dobrze napisanego artykułu nie byliśmy w stanie opublikować.” Redaktor ubolewa też dalej: „Jakże niewiele bowiem zrobiliśmy dotąd, aby wyjść naprzeciw tym dalekim a bliskim, których uwięziła niesprawiedliwie, krzywdząco »beriowszczyzna«. Czas do października nie sprzyjał rozcięciu tego wrzodu do końca. Dzisiaj jest najwyższa pora, aby o swoich synów upomniał się skutecznie suwerenny naród.” A jednocześnie asekuracyjnie dodaje: „I tutaj, w kraju, będziemy się dalej ogniście sprzeczać, łajać nawzajem, zgadzać - jak wolny z wolnym i równy z równym”. Bądźmy wobec tego zastrzeżenia wyrozumiali: pod tekstem Piórkowskiego są te właśnie cztery workuckie listy, wprost (czy jednak w całości?) przytoczone. To wówczas chyba nadal wymagało dużej odwagi... Te listy to przejmujące, nawet jeśli okrojone przez cenzurę, świadectwo męstwa i wytrwałości, a przy tym otwarte wyznanie patriotyzmu Polaka na zesłaniu. Pisze o sobie i innych, jemu podobnych: „My - to problem, który istnieje dwunasty rok, niezależnie od uznania go za problem lub przemilczenia. Jego genezą - rozmowa ze śledczym, odbyta według wzoru: ŚLEDCZY: Oskarżeni jesteście o przynależność do AK, tzn. o ZDRADĘ OJCZYZNY: zgodnie z art. 58, 1a. ARESZTOWANY: Nie należałem do AK. ŚLEDCZY: To znaczy, współpracowaliście z Niemcami, gdyż wszyscy Polacy wrogo nastawieni do Niemców byli w AK. A współpraca z Niemcami - to ZDRADA OJCZYZNY: z art. 58, 1a.” „My” w tekście zesłańca to „wielotysięczne rzesze żołnierzy AK Wileńszczyzny, Nowogródczyzny, Grodzieńszczyzny i Małopolski Wschodniej. Żadne przemilczenie lub zmiana nazwy nie zmieni faktu, że dla Polaka, wyrosłego w międzywojennym dwudziestoleciu, Polska rozciągała się do granicy 1939 r. niezależnie od wrześniowych sprawiedliwych i niesprawiedliwych wojen”. O walce zbrojnej z okupantem wspomina równie prosto i przejmująco: „Ideologia nasza zamykała się wówczas w słowach: Polska - wolność, brak jej było podstaw filozoficznych, gdyż głupim, polskim zwyczajem miała fundament w sercach.” Autor listów pisze też, choć mało precyzyjnie, ułamkowo, ostrożnie, co zrozumiałe, zważywszy jego sytuację, o osobistych losach: że ostatni raz był w Warszawie 31 sierpnia 1939 roku, a potem Litwa, następnie Wilno (znaczące rozróżnienie!), AK, aresztowanie przez Sowietów (o czym ani słowa wprost) - i Workuta. Tam „przeżywa rzeczywistość polską skrawkami gazet i zbieranymi skąd się da wiadomościami”, uczy współwięźniów, komponuje nawet dla nich piosenki. W „Stolicy”, której numer także dotarł do Workuty(!), znalazł zdjęcie czynszówki przy Hożej w Warszawie, gdzie miał swój studencki pokoik. Cieszą go prasowe zdjęcia dymiących kominów rodzinnej Łodzi, ale też poraża świadomość, że ojciec zmarł, a matka, staruszka, „osiemnasty rok męczy się wciąż ginącą i znów rodzącą się nadzieją.” Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego były wielkim wydarzeniem w 1977 roku, gdy wreszcie mogły się ukazać. Jeden z aspektów książki, marginalny przecież, jest równie przerażający jak temat główny: oto komuniści umieścili w jednej celi AK-owca i hitlerowca. Poznanie czterech krótkich listów nieznanego więźnia Workuty, pisanych od kwietnia do października 1956 roku, mogłoby być w czas przełomu, gdyby je bardziej rozpowszechniono (uwzględnijmy niewielki krąg odbiorców „Nowej Kultury”...), podobnym wstrząsem. Autor stwierdza: „Był czas, kiedy liczba Niemców [na zesłaniu] przewyższała naszą liczebność. Byli tam tacy, którzy w czasie wojny mieli po 14 lat, a był i Lutz Reyn. Esesman. Szyszka jakiegoś obozu koncentracyjnego. Chwalił się, że były dni, kiedy mdlał mu od pracy wskazujący palec prawej ręki. Pierwsza grupa tych chłopiąt odjechała stąd przed czterema laty. Ostatnia jesienią zeszłego roku. Mieli listy i paczki przez Czerwony Krzyż. Nam tego odmówiono. Do dziś wszelkie próby odzyskania nieprawnie zabranego obywatelstwa spotykają się z bezmyślna odmową.” Ostatni z listów tego niepodpisanego autora kończą zapisane z charakterystyczną ironią słowa: „Przed miesiącem stanąłem przed sądem, który nową lipą anulował starą lipę i smycz pękła. Złożyłem 29 września dokumenty do Oddziału Wiz przy miejscowej milicji i stosując teorię prawdopodobieństwa, obliczam, że gdzieś około początku roku geofizycznego wyruszę w podróż, planowaną lat dwanaście. Łączę mocny uścisk dłoni.” Na tej samej stronie numeru „Nowej Kultury”, pod listem, już inny tekst - fragmenty Dziennika węgierskiego Wiktora Woroszylskiego. I dialog, w tej samej kolumnie co zacytowane zdania: „- No jak, rozmawialiście z rządem? Co mówią - czy Rosjanie wyjdą z Budapesztu? - Mówią, że wyjdą.” Rosjanie, jak wiemy, wyszli - Jesienią Narodów... Anonimowy zesłaniec wrócił do Polski w grudniu 1956 roku. Opisał zresztą swoją podróż, przez Moskwę i Brześć do Warszawy, w formie listu pod tytułem Adres: Workuta - Posiołek Jużnyj. Zamieścił ten tekst ostatni (52-53) numer „Nowej Kultury” z 1956 roku. Z podpisem: Jerzy Pełka-Urbankiewicz. Potem, przez długie lata, zarówno jego losy wojenne, jak i okoliczności prasowego debiutu, były starannie przemilczane w notach biograficznych. Na okładce powieści Złotook (1978), jednej z dwóch, jakie napisał przed 1989 rokiem (druga to Czerwone goździki stępiają wrażliwość z 1984 roku) czytam: „Jerzy Urbankiewicz dał się poznać w roku 1956, publikując na łamach »Nowej Kultury« esej pt. Listy z Workuty.” A we Współczesnej Łodzi literackiej. Słowniku autorów (1989) Tadeusz Błażejewski pisze, pomijając chronologię: „urodził się 23 czerwca 1915 roku w Łodzi. Ukończył Wydział Prawa Uniwersytetu Łódzkiego [faktycznie studiował w Warszawie]. W czasie wojny oficer Armii Krajowej, kawaler Krzyża Srebrnego Virtuti Militari oraz Krzyża Walecznych. Przez wiele lat pracował jako dziennikarz (radio, telewizja, "Dziennik Łódzki"). Zadebiutował w roku 1956 esejem Listy z Workuty na łamach »Nowej Kultury«.” Tak oto przejmujące autobiograficzne wyznanie, pomieszczone w czterech prywatnych listach do Jerzego Piórkowskiego i jego decyzją wydrukowane w piśmie literackim (oczywiście nie zapominajmy o cenzurze) bez ujawnienia nazwiska autora, zamieniło się w późniejszych latach PRL w „esej”. Uzupełnieniem prawdy o losach wojennych i powojennych Jerzego Urbankiewicza jest jego trzecia powieść, „z pogranicza fikcji literackiej i dokumentu” - jak zaznacza we wstępie autor, prezentująca losy dwu sanitariuszek akowskich. To Trzeci dzień purgi, wydany w Białymstoku w 1994 roku w serii Biblioteki Pamięci i Myśli Oddziału Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza, z medalionem św. Krzysztofa i inskrypcją non omnis moriar na okładce. Potem jeszcze przyjdą teksty: Kedyw - Egzekutywa (Łódź 1992) i Oddział Rozpoznawczy K. O. (Łódź 1993) oraz Workuta (Łódź 1995). Czas komunizmu, w różnych jego fazach, nie sprzyjał nigdy szczeremu analizowaniu historycznej prawdy sowieckich łagrów. Ale też, jak można wnosić zarówno z debiutanckich listów jak i z późniejszych utworów, Jerzego Urbankiewicza nie to głównie zajmowało. Nie bezduszny historyczny mechanizm, nie statystyka - lecz losy pojedynczych ludzi. W ich patosie i śmieszności, a najczęściej groteskowym pomieszaniu obu. Wynikało to, jak sądzę, z wielkiego daru spostrzegawczości oraz poczucia humoru. Najpełniej realizował się on w toku gawędy, najczęściej poświęconej zresztą rodzinnemu miastu - Łodzi. A książek o niej Urbankiewicz wydał wiele. Pełnych dowcipów, zawsze zaskakujących. Za co na przykład cenił Tuwima i Broniewskiego? Jak stwierdza - za rymy. Za snuć/Łódź i płuc/Łódź. Za to, że pisząc na temat Łodzi, nie rymowali typowo, jak Gałczyński (jego marne wychodzi/Łodzi) [por. Parchy, szwaby, goje, Łódź 1995]. Kolejna anegdota? Prawdopodobnie jeden uzbrojony łodzianin udał się do Wolborza na koncentrację przed bitwą grunwaldzką (na mocy prawa biskupiego obowiązującego w naszym mieście), „tylko go Matejko w tłumie nie dostrzegł.” [Pustka na piedestałach, Łódź 2000]. I jeszcze: dlaczego w Łodzi nie ma zbytniej obfitości akt dawnych? Bo wojny? Nie! „W maju [1924 r.] dwa wagony z łódzkimi aktami archiwalnymi zostały sprzedane do Bydgoszczy do fabryki papieru w Poznaniu.” [tamże]. Oto kolejna, zapożyczona z powieści Walerego Przyborowskiego Historia dwóch lat 1861-1862, t. I, Kraków 1982: 12 sierpnia 1861 roku, w rocznicę Unii Lubelskiej, w Łodzi urządzono uroczyste obchody. Z kościoła katolickiego po nabożeństwie wyruszyła procesja. „Do tej procesyi dołączyło 1500 strzelców kurkowych śpiewających Boże coś Polskę... po niemiecku. Po drodze wstąpiono do kirchy luterskiej, a potem do bóżnicy... Przez cały dzień brzmiały pieśni patriotyczne, w ogrodzie spacerowym muzyka grała mazurka Dąbrowskiego, a miasto błyszczało w blasku iluminacyi.” [Pustka...]. Wzruszające - i groteskowe, podobnie jak opowieść o śmierci nauczyciela, Konstantego Piotrowicza, uczestnika bitwy pod Dobrą w czasie powstania styczniowego (która i moich przodków pochłonęła). Ten, ciężko ranny, znalazł się w łódzkim szpitalu. Przyjaciele zadbali, żeby nie dowiedział się o śmierci ukochanej żony, bo miał bardzo słabe serce. Jednak gdy usłyszał dzwony kościelne, zapytał: „Komu to dzwonią?”, a „jedna z tych pobożnych a gadatliwych kobiet” natychmiast wypaliła: „Pańskiej żony to pogrzeb taki wspaniały.” Piotrowicz zmarł tego samego dnia. [Pustka...]. Z przypomnianych anegdot można by wnosić, że Jerzy Urbankiewicz przedstawiał Łódź w krzywym zwierciadle. Nieprawda, jego książki są pełne miłości do rodzinnego miasta, w którym spędził resztę życia po powrocie z Syberii. Miał jeszcze jedną ogromną miłość - konie. „Tak jest - taki to zbieg okoliczności, że jeszcze grzech ułaństwa ciąży na mej duszy” - pisał w liście do Piórkowskiego w 1956 roku, zaś kilka dziesięcioleci później, jako leciwy już pan, prezentował się na swojej stronie internetowej na pysznym ogierze. Hippika dotąd mnie nie porwała, ale miłość do Łodzi dzielę ze zmarłym w sierpniu 2004 roku jej świetnym znawcą, Ś.P. Jerzym Urbankiewiczem. Zakończyć chcę zatem Jego wypowiedzią - serio o Łodzi wielu kultur, Łodzi dziwnie a pięknie pomieszanej: „Bo to jest tak: wprawdzie Polak, porucznik Pogonowski rozbił 27 sowiecką dywizję, ale Niemiec Juliusz Heinzel zginął za Polskę w Katyniu, a Żyd dr Seweryn Sterling uratował życie wielu łodzianom, bez względu na narodowość. Wprawdzie biskup Tymieniecki całe życie poświęcił dla biednych, ale Niemiec Kunitzer zbudował chłopom wieś na Widzewie...” [Parchy, szwaby, goje]. I jeszcze jedno. Podpułkownik Jerzy Urbankiewicz, patriota polski
i łódzki, żołnierz 4 Pułku Ułanów Zaniemeńskich
i AK, łagiernik, pisarz (pierwszy prezes Łódzkiego Oddziału
Stowarzyszenia Pisarzy Polskich), dziennikarz, aktywny działacz
społeczny, był dla mnie przez lata mojego dzieciństwa po prostu
starszym, eleganckim, wyprostowanym jak struna panem z jamnikiem.
Spotykałem go bardzo często, zawsze półuśmiechniętego,
idącego w dół Nowopolską, w stronę Wojska Polskiego, na
Dołach. Najpierw pod rozłożystymi jesionami, potem, gdy je
wycięto, pod skromniejszymi jarzębinami. (tekst ukazał się w nr 10-12/2004 „Tygla Kultury”; redakcji dziękujemy za jego udostępnienie)
|
||||||
© 2006 Stowarzyszenie Pisarzy Polskich Oddział w Łodzi |
wyszukaj w spplodz.pl |
strona główna |
kontakt
